Jak zaczęłam patrzeć w mrok bez mrużenia oczu

Odcinek 1: Kumulacja

Ilustracja do wpisu: Jak zaczęłam patrzeć w mrok bez mrużenia oczu. Odcinek 1: Kumulacja

Już za moment, 18 czerwca, mija dokładnie rok od mojego przeszczepu szpiku. To dzień, w którym będę z pewnością świętować ten cudny jubileusz, ale zanim to zrobię, chciałabym rzucić okiem wstecz. Bo moje przemyślenia i wnioski z ostatnich kilkunastu miesięcy nie dotyczą tylko i wyłącznie ostatniego roku i leczenia onkologicznego.

One zaczęły się dużo wcześniej, od nauki chodzenia po zupełnie nowym gruncie.

We wrześniu 2021 skończyłam intensywną, kilkuletnią terapię, na której przepracowałam dawne, bolesne traumy i odcięłam je grubą kreską. Napisałam o tym książkę „Pożegnanie z ofiarą”, którą kończyłam z poczuciem ogromnej siły, nadziei i odzyskania siebie. Jednak wtedy wcale nie wskoczyłam od razu w totalnie nowy sposób przeżywania codzienności. Ja dopiero uczyłam się życia w zupełnie nowej jakości.

Stopniowo i ostrożnie, jak na płytkiej wodzie, testowałam stopą podłoże. Sprawdzałam grunt pod nogami i uczyłam się, jak wdrażać te wszystkie nowe umiejętności, jak patrzeć na świat inaczej – już nie z pozycji ofiary. Próbowałam odnaleźć się w rzeczywistości po nowemu. Podświadomie żywiłam też naiwne przekonanie, że mój limit na te najcięższe, mroczne przeżycia został już wyczerpany i teraz życie da mi przynajmniej jakieś 10 lat taryfy ulgowej, żeby spokojnie po tym nowym gruncie pochodzić i poczuć go.

Życie nie czekało jednak latami, by przetestować moje nowe narzędzia. Wkrótce nadszedł czas zmierzenia się ze starością mojej suczki, Jutry, która była już coraz słabsza i przez kilkanaście miesięcy wymagała specjalistycznej opieki. Szykowaliśmy się na pożegnanie. Wiadomo, że śmierć zwierząt czy bliskich ludzi jest wpisana w nasze życie i to nas wszystkich po prostu spotyka, ale kiedy dostaliśmy informację, że Jutra ma nieoperacyjny nowotwór, wizja przechodzenia przez to była dla mnie i mojego męża jeszcze bardziej przerażająca.

Kiedy sunia odeszła w lipcu 2024, zostawiła po sobie bolesną żałobę, która mocno odbiła się na naszych siłach i na naszej relacji. Ale mimo tego bólu i potężnego zmęczenia, poczułam wtedy coś wyjątkowego. Zauważyłam, że tego typu sytuacje po prostu się w moim życiu dalej dzieją i będą działy, ale ja – dzięki terapii – potrafię się już w nich odnaleźć. Podobało mi się to, jak radzę sobie z tą żałobą na poziomie racjonalnym, czułam się w tym nowym podejściu bezpiecznie sama ze sobą. Potrafiłam lepiej zrozumieć swój ból, dać sobie do niego prawo i po prostu sama siebie w tym wszystkim przytulić. Z dumą obserwowałam, że nie wskakuję w rolę ofiary. Że radziłam sobie z chorobą Jutry i potem z jej stratą tak, jak to sobie wyobrażałam podczas spotkań z terapeutą. Pomyślałam: „Dobra, to był wielki wysiłek, ale daję radę bardzo dobrze”.

W tle tego całego smutku rodziło się przecież coś pięknego. Równolegle z odchodzeniem psa, wydawałam na świat swoją książkę o psychoterapii. Karmiłam się nadzieją, że to jakiś uniwersalny cykl – coś się kończy, by coś nowego mogło się narodzić. Premiera i spotkania autorskie zbiegły się w czasie z opłakiwaniem Jutry. Miałam poczucie, że owszem, coś wielkiego utraciłam, ale mimo tego płynęłam na fali nowego początku. Jeździłam do czytelników, dostawałam piękny feedback, robiłam coś ważnego.

Tylko że z każdym kolejnym tygodniem czułam, jakby ubywało mi powietrza. Po ostatnim książkowym wyjeździe byłam już totalnie wypompowana. Nie mogłam złapać głębokiego oddechu, a w klatce piersiowej pojawił się ból – miałam wrażenie, że to serce, że ze stresu i zmęczenia przechodzę jakiś mikrozawał. W końcu codzienna praca zawodowa w Berlinie przeplatana promowaniem książki w Polsce to był istny maraton, który wyssał ze mnie wszystkie siły. Przeczuwałam też, że żałoba po psie dotykała mnie na poziomie ciała aż tak głęboko, że nie pozwalając mi odetchnąć pełną piersią, po prostu fizycznie wykańczała moje serce.

Wiem, że ktoś mógłby wtedy pomyśleć: „Ej, nie przesadzaj, wydałaś książkę, ludzie dawali pozytywne opinie, o co ci chodzi?”. Ale mi nie chodziło o to, że ta sytuacja była jakąś największą życiową tragedią. Chodziło o to, że moje baterie były wtedy na wyczerpaniu. I właśnie wtedy skorzystałam z najważniejszej lekcji z terapii: zamiast biec dalej na oparach, postanowiłam mądrze o siebie zadbać i dać sobie przestrzeń na regenerację.

Wiedziałam, że racjonalnie poukładałam sobie stratę Jutry, ale emocjonalnie ból wciąż trwał – w końcu żegnałam się z moją najlepszą przyjaciółką i potrzebowałam dać sobie przestrzeń na tę żałobę oraz najzwyczajniej w świecie odpocząć od pracy. Zaplanowałam, że wezmę dwa miesiące wolnego. Chciałam przetrwać zimę, swobodnie odetchnąć, otrzepać się z mężem z tego trudnego czasu, a na wiosnę – w czasie naturalnego odrodzenia – ruszyć z kopyta z dalszą promocją książki i wiosennie odżyć na nowo.

Na tamtą radosną wiosnę nie dane mi było jednak poczekać. Zamiast wyczekiwanego oddechu, przyszedł nokaut.

Aneta Wrzosek

Jeszcze w listopadzie, zanim zdążyłam chociażby zdjąć gardę i cieszyć się urlopem, usłyszałam wstępną diagnozę. W styczniu 2025 przypuszczenia się potwierdziły, zachorowałam na ostrą białaczkę szpikową. Okazało się też, że to typ „Mecom”, jedna z najtrudniejszych i najgorzej rokujących agresywnych odmian, przy której lekarze już nie kalkulują, tylko od razu wysyłają do przeszczepu szpiku jako jedynej szansy.

Z poziomu dumy, że coraz lepiej radzę sobie po terapii, z poziomu zabiegania o zasłużony odpoczynek, zostałam nagle rzucona w ogromny lęk o własne przetrwanie. Zamiast złapać upragniony głębszy oddech, czułam że zabrano mi już resztki tchu. To była potworna, bezwzględna kumulacja. Choroba uderzyła w momencie, w którym oboje z mężem leżeliśmy wyczerpani i próbowaliśmy naładować baterie.

Nie pytałam wtedy świata: „dlaczego akurat ja mam raka?”. Moja wściekłość dotyczyła koszmarnego „timingu”. Pytałam: „dlaczego TERAZ?”. Dlaczego ten mrok nie przyszedł wcześniej, kiedy i tak byłam w procesie głębokiej terapii i walczyłam z dawnymi demonami? Dlaczego życie pozwoliło mi odzyskać siły, napisać książkę, uwierzyć w siebie, zacząć testować tę nową jakość codzienności… i właśnie wtedy znów mnie skopało? Czemu dostaję kolejną traumę akurat wtedy, gdy miało być choć troszkę lżej?

I to właśnie ta sytuacja, okropna diagnoza w momencie próby odzyskiwania sił fizycznych z potężną siłą próbowała wepchnąć mnie z powrotem w rolę ofiary. Bo przecież zanim poszłam na psychoterapię, wcześniej, przez ponad trzydzieści kilka lat życia byłam doskonale wytrenowaną ofiarą – i ten stary nawyk pod wpływem śmiertelnego strachu próbował od nowa przejmować nade mną kontrolę…

(Ciąg dalszy jutro)