Jak zaczęłam patrzeć w mrok bez mrużenia oczu
Odcinek 2: Iluzje
Wiosna 2025, która w moich planach miała przynieść pewnego rodzaju świeżość i odrodzenie, przyniosła coś zupełnie innego: agresywną chemioterapię i całkowite zamknięcie w szpitalnej rzeczywistości. Od końca lutego do początku czerwca moim światem stał się oddział onkologii. Potem nadszedł czerwiec – czas przeszczepu szpiku i miesiąc w izolatce. Kiedy w lipcu wreszcie wyszłam ze szpitala, mój organizm zafundował mi kolejny maraton. Przez następne pół roku, od lipca aż do stycznia, zmagałam się ze skrajną, zagrażającą życiu anemią. Mój nowy szpik potrzebował aż sześciu miesięcy permanentnego stresu i walki, żeby w ogóle ruszyć. Przez ten cały czas moje życie toczyło się od transfuzji do transfuzji – co tydzień lub co dwa tygodnie jeździłam na oddział ratunkowy i spędzałam tam cały dzień czekając na kroplówkę z krwią.
I to był właśnie okres, w którym bardzo często wskakiwałam w dobrze znaną mi z przeszłości rolę ofiary. Oczywiście pożegnałam się już z tą rolą po psychoterapii, ale czas leczenia był idealnym podłożem, aby znów obtaczać się w Ofierze jak w panierce. Bo to znów „ja miałam najgorzej”, znów „to mnie życie doświadczyło”, znów „to ja dostaję traumę najcięższego kalibru”. Wpadałam w to myślenie średnio co tydzień, kiedy wychodząc z SOR-u po kolejnej transfuzji krwi, czytałam na szpitalnym wypisie to samo zdanie: „ostra białaczka szpikowa o rokowaniach niekorzystnych”. Lęk szeptał mi wtedy do ucha, że to koniec, że choroba uderzy na bank ponownie, że po prostu mnie nie będzie.
Zobaczyłam wtedy, że znów szłam drogą podszytą paraliżującym lękiem, tak jak kiedyś. Tym razem był to paniczny strach przed wznową białaczki. Co jakiś czas zdarzało mi się więc wracać na starą, dobrze znaną mi ścieżkę ofiary i przeświadczenie, że nic dobrego mnie już nie spotka.
Kiedy w styczniu 2026 moja hemoglobina odbiła, a szpik zaczął wreszcie działać z kopyta, mogłam wreszcie fizycznie wracać do względnej normalności. Względnej - bo powikłania chemii i przeszczepu ciągną się do dziś, ale zaczęłam dopuszczać do siebie przemyślenia, co tak naprawdę się we mnie dzieje, co siedzi w najgłębszych warstwach emocji.
Intensywna terapia onkologiczna, ten czas najbardziej agresywnego leczenia nie zawsze daje przestrzeń do głębszych refleksji i wniosków. Kiedy byłam w szpitalu, miałam jasne, medyczne cele: przetrwać kolejny cykl, dotrwać do przeszczepu, osiągnąć remisję. Cały mój wysiłek szedł w ciało i w utrzymanie się na powierzchni. Wtedy, w tym najgorszym momencie, miałam wokół siebie mnóstwo wspierających ludzi – wszyscy dzwonili, pisali, byli obok, tylko że ja nie miałam w tamtym czasie nawet siły na te przepiękne, pełne troski wiadomości odpisywać.
Aż nagle te medyczne cele się skończyły. Szpik odbił, był „czysty”, ciało wracało powoli do sił, a ja częściej wychodziłam z domu, jeździłam z mężem na małe wycieczki i spędzałam czas z moją świeżo zaadoptowaną ze schroniska suczką Fuertą. Moi bliscy odetchnęli z ulgą. I dokładnie wtedy, w tym poczuciu, że zaczynam znów funkcjonować i wychodzić do świata, wylało się ze mnie całe to emocjonalne tsunami, na które wcześniej nie miałam tyle siły. Dopuściłam do siebie wszystkie najmroczniejsze emocje i myśli, które wcześniej, nawet jeśli na chwilę się wyłaniały, były jednak szybko głęboko chowane.
I okazało się, że będąc w remisji wcale nie skaczę z radości. Cieszyłam się tylko na poziomie racjonalnym. Wewnętrznie chciałam wyć. Było mi źle, byłam przerażona tym co dalej, no bo jaki jest teraz najbliższy cel, co mam ze sobą zrobić kiedy jest niby lepiej, ale nadal nie mam sił na normalność czy na powrót do pracy? Zalała mnie fala obaw. Miałam chęć dzielić się tym i bez skrępowania o tym mówić, ale poczułam potworną samotność. Moi bliscy dalej byli obok, tu się nic nie zmieniło, ale nasz „timing” przestał się zgadzać. Wtedy, kiedy oni chcieli pytać, ja nie miałam siły mówić. Natomiast, gdy ja zyskałam więcej ochoty na rozmowę, oni byli już po prostu okropnie zmęczeni wielomiesięcznym rollercoasterem. Chcieli odetchnąć i w moim odczuciu mieli potrzebę zamknąć ten temat.
I właśnie wtedy do głosu dochodziło ważne przesłanie z mojej psychoterapii: jeśli naprawdę będzie mi ciężko, zawsze mogę szukać profesjonalnej pomocy. I nie będzie to oznaczać, że się cofam lub wracam do punktu wyjścia, ale będzie to przejaw mojej nowej umiejętności chronienia siebie i nie opuszczania siebie w trudnym momencie. Mogłam więc w tych stanach ciągłego przerażenia szukać dla siebie małych wysp nadziei i małych codziennych wyborów, w których czułam, że ja wciąż mam swoją sprawczość, że nie utraciłam jej! Ona jest we mnie i ma się świetnie!
Aktywnie szukałam więc możliwości wygadania się tam, gdzie akurat mogłam to dostać. I tym wyborem były grupy wsparcia online oraz kontynuacja sesji z psychoonkologiem. Zamiast okopywać się w pozycji „tej samotnej” i „tej niezrozumianej”, znalazłam drogę do ulgi tam, gdzie faktycznie ktoś mógł przechodzić ze mną przez chwile mroku. Dziś rozumiem, dlaczego w obliczu raka niektóre relacje się kończą. To nie wynika z tego, że ludzie są tchórzliwi. To nie zawsze jest też tak, że przyjaciele w trudnym czasie się „nie sprawdzili”. Ta choroba po prostu psychicznie i fizycznie wykańcza nie tylko pacjentów, ale wszystkich wokół. A ludzie też mają swój limit i być może własny mrok, którego na pierwszy rzut oka nie widać.
Ale faktem jest, co wiem z rozmów z moją psychoonkolog i z innymi pacjentami onkologicznymi, że niezwykle charakterystyczne dla nowotworu jest to przeszywające poczucie absolutnej samotności w momencie, kiedy medycznie zaczynasz wygrywać.
Na szczęście umiejętność wychodzenia z tego impasu pokazała mi, że ja naprawdę już nie jestem ofiarą. Z roli ofiary wyszłam już dawno i opisałam to w swojej książce. Ostatnie miesiące były po prostu ekstremalnie trudnym dowodem na to, jak wielką i skuteczną pracę wykonałam nad sobą wcześniej.

Te miesiące przyniosły mi jeszcze jedno ważne odkrycie. Zrozumiałam dogłębnie, że los nie jest sprawiedliwy. Nie ma żadnego „limitu na cierpienie”. To też nie jest tak, że wszechświat to jakiś urzędnik siedzący przed tabelą excela i rozdzielający nam cierpienia. Mrok po prostu jest częścią świata i może mnie nawiedzić jeszcze nie raz. To się zdarza. „People get what they get” mawiał serialowy doktor House… bo my nie dostajemy za coś, dla czegoś, czy według jakiegoś wzoru. Po prostu dostajemy. Czasem kompletnie od czapy. Kropka.
Przestałam oczekiwać iluzji sprawiedliwości. Natomiast odkrycie, że nie dostanę też żadnych gwarancji – bo obecnie nie otrzymam odpowiedzi, czy choroba wróci, czy wręcz przeciwnie: będę żyła długo bez nawrotu - zdejmuje ze mnie cały lęk, próbę zaklinania rzeczywistości i potrzebę logicznego wyjaśnienia moich traumatycznych doświadczeń. One mogą zdarzać się zupełnie bezsensownie. One mogą też nagle zabrać moje życie.
Ta brutalna prawda odarła mnie z iluzji, ale też paradoksalnie przyniosła mi największą ulgę. Kiedy dotknęłam swojego wielkiego lęku - lęku przed świadomością nieuchronnego odchodzenia, nawet jeśli nie dożyję starości - zobaczyłam, że szarpanie się z tym jest skazane na porażkę. Nie ma takiej możliwości, żeby wpłynąć na to, co jest totalnie ode mnie niezależne. A lęk tej mocy tym bardziej mi nie da. Zrozumiałam więc, że konfrontując się z najstraszniejszym scenariuszem, wchodząc wyobraźnią w sam środek jego uderzenia, mogę spojrzeć mu w twarz i powiedzieć „jeszcze mnie nie masz”. Zobaczyłam, jak wielką dało mi to moc. I to wtedy zaczęłam patrzeć w mrok, bez mrużenia oczu.
A jeśli tylko zechcę, mogę zrobić coś jeszcze - rozbrajać jego siłę rażenia u podstaw. Mogę szukać małych „sensów” i małych odkryć tam, gdzie życie zupełnie bezsensownie próbuje mnie przewracać. A wtedy, kiedy przyjdzie mi zaczynać od nowa, zamiast pomstować na ilość tragedii, które już się wydarzyły, mogę chwycić w ręce czystą, białą kartkę…
(O tym w ostatniej części już jutro)